|
|
Mocą człowieka jest siła jego ciała, mocą kochanka jest potęga Boga.
Hazrat Inayat Khan
Słucham sobie właśnie audycji pani Doroty Sumińskiej. Jest nie tylko świetną weterynarką,
ale i bardzo mądrą kobietą. Dziś zupełnie mimochodem powiedziała o jednym z
najważniejszych praw uzdrawiania. W audycji zeszło akurat na temat przekonania żywego
wśród wielu ludzi - że kot, kiedy coś dolega jego właścicielowi, kładzie się na chorym
miejscu i leczy, albo przynajmniej przynosi ulgę np. bolącemu gardłu czy innym częściom
ciała. Pani Dorota bardzo ładnie ujęła to prawo: tak naprawdę nie chodzi o to, że to
akurat kot uzdrawia, ale że osobę chorą i cierpiącą uzdrawia i uśmierza jej ból każda
kochająca, przyjazna istota - i tak na przykład chore dzieci odczuwają wielką ulgę, kiedy
dotyka je kochająca, troskliwa mama:)
Znam takie przypadki ze swojego życia - np. kochajacy facet niósł ulgę swojej dziewczynie
przy bólach miesiączkowych, a w przypadku innej pary obecność partnera powodowała, że
jego kobieta przestawała być uczulona na pewną grupę produktów żywnościowych.
W sumie jest to niezły sposób na zdiagnozowanie, co dana osoba do nas czuje - czy my
czujemy się przy niej lepiej, czy wręcz przeciwnie, także na poziomie fizycznym.
Aloha to przecież być szczęśliwą z...
Ta zasada lepszego samopoczucia dotyczy nie tylko relacji rodziców i dzieci, naszyszych
zwierząt domowych i kochanków. Wśród buddystów jednym z wyznaczników rozwoju mistrza
duchowego jest to, że sama jego obecność wprowadza w danym miejscu pokój. W starych
tybetańskich annałach istnieją zapisy, z których wynika, kiedy mistrz, który doszedł do
takiego poziomu, wyruszał w drogę, ludzie z różnych miejscowości zabiegali o to, żeby
zatrzymał się właśnie u nich. Wiedzieli bowiem z doświadczenia, że dzięki jego obecności
warunki panujące w danej wiosce zmienią się na lepsze:)
Klucz tkwi w tym, że im bardziej ktoś jest pozytywnie nastawiony do świata i innych
ludzi, tym większe ma zdolności uzdrawiania - i to przychodzi samoistnie. Nie chodzi mi
tu o tą ślepą uliczkę afirmacyjnych kłamstw, kiedy ktoś stwarza sobie Personę, która
oznajmia światu, że człowiek ten kocha wszystkich całkowicie i bezwarunkowo. Prędzej czy
później jego Cień dochodzi do głosu i ktoś taki pod płaszczykiem czynienia dobra niszczy
innych ludzi w sposób okrutny i bezpardonowy, a w końcu także siebie. Z tego typu
schizofrenicznego podzielenia Jaźni wywodzi się klasa czarnych magów, o których Serge
Kahili King pisze w ten sposób:
"Najgorsze i najbardziej odrażające jest zastosowanie Światła, które czasami zalecają
nawet nauczyciele duchowi, mający wprawdzie najlepsze intencje, ale zbyt opanowani przez
strach, by wiedzieć, co czynią. Chodzi o takie wykorzystanie Światła, kiedy nie służy ono
jako bariera ochronna, lecz jako ekran lub zwierciadło, odsyłające negatywne intencje do
nadawcy. Zakłada się tu, że energie, odczuwane przez nas jako nieprzyjemne sensacje,
zostały celowo wysłane w naszym kierunku przez prześladowcę, który zasługuje na zwrot
tego, co wysłał."
Oczywiście na dłuższą metę kończy się to bardzo smutno - miłości i energii nie da się
ukraść na długo (chociaż w ludzkich kategoriach może się wydawać, że to zbyt długo). W
takich wypadkach u źródła zawsze chodzi o poczucie braku miłości, energii, uwagi, mocy i
chęć zdobycia jej wszelkimi środkami bez względu na koszty. Przypomina to nieco tę
neptuniczną metodę kradzieży światła i energii za pomocą światełka, o której pisałam
TUTAJ.
Ale wróćmy do głównego tematu, czyli uzdrawiajacej mocy miłości:)
Im bardziej człowiek akceptuje i kocha siebie, a jednocześnie jest otwarty i akceptujący
na innych, tym bardziej kojąco wpływa na innych, i to w sposób długofalowy. Jeśli ktoś
jest przyjazny powierzchownie, powierzchowna też będzie jego pomoc, a im bardziej głęboko
sięga owo przyjazne nastawienie do siebie i do świata, tym głębsza i bardziej znacząca
będzie jego moc uzdrawiania.
A taka moc wymaga odnawiania, nic na tym świecie nie jest dane raz i na zawsze i jeśli
uzdrowiciel nie robi sobie przerw, nie wypoczywa, w końcu dopadnie go wypalenie.
Zauważcie, ile czasu spędzają na samotnych medytacjach właśnie owi buddyjscy mistrzowie.
Clarissa Pinkola Estes tak pisze o potrzebie odosobienia:
"Aby obcować z dziką stroną swej natury, kobieta potrzebuje na jakiś czas zostawić świat
i pogrążyć się w stanie odosobnienia (aloneness) w najstarszym sensie tego słowa. W
dawnej angielszczyźnie słowo alone pisano rozdzielnie, all one*, co można przetłumaczyć
jako jednia, pełna całość. Właśnie taki jest cel samotności — stać się jednią. Jest to
lekarstwo na tak powszechne u współczesnych kobiet wewnętrzne rozbicie, stan, który
dobrze ilustruje stare powiedzenie: „Wskoczyła na konia i rozjechała się na wszystkie
strony".
Samotność nie wiąże się z brakiem energii i działania, jak siej niektórym zdaje. Jest
raczej darem i błogosławieństwem, jakim obdarza, dzika dusza. W czasach starożytnych, jak
przekazują znachorzy, mistycy i ludzie głęboko religijni, dobrowolna izolacja od świata
miała działać zarówno kojąco, jak i zapobiegawczo. Zalecano ją, by leczyć znużenie,
unikać zmęczenia. Sprzyjała też przepowiadaniu przyszłości, dawała możność wsłuchania się
w wewnętrzny głos, który miał udzielić odpowiedzi na trudne pytania, głos niedosłyszalny
w zgiełku dnia."
To ważna sprawa, która nie dotyczy rzecz jasna tylko kobiet, ale to właśnie kobiety
często mają trudność ze skupieniem się na sobie i swoich sprawach, co w dużym stopniu
wynika z socjalizacji - dziewczynka jest w naszej kulturze uczona dbania tylko o innych,
chłopiec - dbania tylko o siebie. Tym sposobem, zamiast równowagi miedzy braniem i
dawaniem, które dzieci obydwu płci powinny ćwiczyć od kołyski, następuje polaryzacja -
męska skłonność do psychopatii i kobieca do depresji . Wielu ludzi przez większą część
życia stara się dojść do równowagi w tej sprawie, ponieważ jest ona kluczowa dla poczucia
szczęścia - kochania i bycia kochanym, akceptowania i bycia akceptowanym, dawania i
brania, spokojnej asertywności.
Jeśli człowiek zdrowo kocha siebie, przechodząc swobodnie obok Scylli narcyzmu i Charybdy
niedoceniania siebibie, może sobie pozwolić na to, żeby spokojnie akceptować świat i
innych, reagujac adekwatnie do sytuacji. I właśnie ten spokój i porządek, wynikający z
Miłości, a nie narzuconego Ordnungu, scala zarówno swój świat wewnęntrzny, jak i to, co
na zewnątrz. Na pewno spotkaliście w swoim życiu takie autentycznie życzliwe, pogodne
osoby, do których wszyscy lgną:)
Susan Taylor ujęła to tak:
Kiedy zaczynasz kochać sama siebie, wszyscy się do ciebie garną,
ponieważ z tobą dzieje się coś wspaniałego.
Czego życzę każdemu, a dzieciom, żeby uczono ich tego już w przedszkolu, a nawet
wcześniej:)
22 kwietnia 2007
© Józefina Jagodzińska
Zdjęcie białej róży jest udostępnione na prawach CC.
dzięki uprzejmości Clarity Natoli. Wiecej jej zdjęć zobaczysz tutaj.
Komentarze: 0 komentarzy
Dodaj swój komentarz!
|