Medycyna naturalna, alchemia i ezoteryka

{ Uni Garden } { Warsztaty } { Terapia } { Teksty: Ragnell i Gawain } { O mnie } { Kontakt }
{ Newsletter } { Księgarnia } { Galeria } { Ciekawe } { Do pobrania } { Linki } { Mapa strony }

Galeria

Wielka miłość w zamku Camelot, który od wieków tkwi w samym sercu Zaczarowanego Lasu, w krainie Lyonesse. Miłość, która jest jak śpiew słowika dobiegajacy z leszczyny splecionej z wiciokrzewem - piękna, nieskazitelna i niezmiennie tragiczna.

Znacie dobrze te legendy: Morgana która traci po kolei ojca, brata, kochanka, by w końcu stracić także jedynego syna; Artur rozdarty między starą i nową wiarą - i między dwiema kobietami; arcychrześcijańska Ginewra łamiąca własne zasady w łożku z najlepszym przyjacielem jej meża; Izolda Złotowłosa, która na tronie ma wszysko, poza tym jedynym, którego kocha, nieskończony smutek, la Tristesse...

Ta opowieść jest inna.

Jest w niej brzydota, wstyd i niepewność. Są w niej ludzkie słabości, ale jest i odwaga, która pozwala je przezwyciężyć. Odwaga, która rodzi się nie na polu bitwy, lecz wypływa z głębokiej miłości.

Opowiem wam zatem historię o miłości szczęśliwej, o tych, którzy przekroczyli granice Zaczarowanego Lasu dzięki temu, że zaufali miłości i sobie wzajemnie. Opowiem wam o pani Ragnell i sir Gawainie.

Pewnego razu, kiedy król królów, sam wielki Artur przemierzał samotnie północne rubieże swojego królestwa. I zdarzyło się tak, że napotkał olbrzymiego, niezwykle owłosionego i okrytego jedynie listowiem mężczyznę. Stał na środku ścieżki, podpierał się wielką drewnianą maczugą nabijaną niewygładzonymi kamieniami i uśmiechał się nieprzyjemnie na widok jeźdźca w bogatym stroju.

Pozwól mi przejechać, człowieku. – rzekł król, kiedy stało się jasne, że olbrzym nie ma ochoty się ruszyć.

Spróbuj przejechać, jeśli zdołasz! – warknął olbrzym.

- Zejdź mi z drogi, bo pożałujesz! – odkrzyknął Artur i wyciągnął miecz, bo Dziki Człowiek szykował się do natarcia. Chwilę później Artur leżał w błocie, zbierając okrutne cięgi. Dzikus spuścił mu lanie, a potem związał jego ręce i nogi pod brzuchem konia i powiódł ze sobą.

Artur ocknął się w ogromnej sali w zamku zwycięzcy. Na powitanie Dzikus szturchnął go kijem:

Jeszcześ żywy, hę? – zarechotał, po czym wyciągnął wstrętny, brudny nóż zza pasa i przeciął sznury krępujące króla. Artur uwolniony próbował wstać, ale zdrętwiały zatoczył się tylko i udało mu się dźwignąć ledwie na kolana.

Jesteś teraz moim sługą – powiedział – i będziesz robić wszystko, co ci każę.

I tak sie stało. Przez wiele dni, które przerodziły się w tygodnie król Artur tyrał jak najniższy niewolnik na posługach u Dzikusa. Żadne słowa nie opiszą, jak wielu upokorzeń doznał w niewoli. Kiedy nie mógł już tego dłużej znieść, mimo że wcześniej był zbyt dumny, by prosić o cokolwiek, pokornie błagał olbrzyma o zwolnienie go ze służby.

Jeśli nie potrzebujesz okupu, jaki mogę ci dać za swoją głowę, powiedz czego ode mnie żądasz, a dostarczę ci tego, Panie. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, tylko błagam, uwolnij mnie!

Olbrzym przyglądał się Arturowi, przebierając zielonymi palcami w skołtunionej brodzie. Nagle wybuchł śmiechem, któremu bliżej było do ryku niedźwiedzia, niż ludzkiego głosu:

Puszczę cię, nędzny króliku, ale pod jednym warunkiem. Masz jeden rok i dzień na rozwiązanie zagadki, którą ci zadam. Jeśli nie znajdziesz właściwej odpowiedzi, strącę ci głowę z karku i zawieszę obok innych na moim ostrokole.

Artur wiedział, że to nie czcze przechwałki, bo warownię Dzikusa otaczał przerażający, wysoki na kila jardów płot obwieszony ludzkimi czaszkami. Teraz dowiedział się, skąd się tam wzięły. Postanowił jednak zaryzykować, bo uważał się za dobrego w rozwiazywaniu zagadek. Była to jedna z popularnych dworskich gier, w jakie z chęcią bawił sie w czasach pokoju. Wszystko to przemknęło mu przez głowę w ułamku chwili, a potem rzekł do Dzikusa:

Powiedz mi zatem, jaką zagadkę mam rozwiązać.

– Prostą. Zgadnij, czego kobiety pragną najbardziej.

– Dobrze – odrzekł król, skłonił nisko głowę przed Dzikusem, po czym z lekkim sercem udał sie do stajni osiodłać konia. Kiedy odjeżdżał, uradowany, że tak łatwo mu się upiekło, Zielony Człowiek wrzasnął za nim:

– Pamiętaj, za jeden rok i dzień !!!

W drodze powrotnej do Camelot król Artur pytał wszystkich napotkanych po drodze ludzi: rycerzy i ich damy, wieśniaków, kupców i przekupki na targach, pątników i duchownych, pustelników i Żydów, czego najbardziej pragną kobiety. Jedni mówili: dobrego męża, inni: męża-bogacza, jeszcze inni: dorodnych synów, pięknych córek, fatałaszków i klejnotów, czułych słówek, tańcowania, romansów i mizdrzenia się do lustra; wielu mężów mówiło także: wałkonienia się całymi dniami i plotkowania. Pomimo tak wielu odpowiedzi Artur nie był zadowolony i czuł, że z każdą taką odpowiedzią coraz bardziej się oddala od rozwiązania. Nie sądził, by którakolwiek z nich zadowoliła Dzikusa.

Na dworze odpowiedzi brzmiały podobnie i król wkrótce, wielce niezadowolony wyjechał, by szukać rozwiązania zagadki. Jeździł na północ i południe, a potem udał się na wschód i na zachód, wciąż zadając napotkanym ludziom to samo pytanie. Odpowiedzi było tyle, że wypełnił nimi całą księgę, a potem drugą, ale nie było ani jednej, która opisywała by wszystkie kobiety.

W końcu minął rok i Artur zabrał ze sobą dwie księgi z odpowiedziami, które wszystkie wydawały mu się bezsensowne. Był jednak już zbyt zniechęcony, by kogokolwiek pytać po drodze o to, co rok wcześniej wydawało się takie proste. Jechał do zamku Dzikusa samotnie, ze zwieszoną głową, przez mroczny las, tak posępny jak wisząca w powietrzu mgła i jego własne myśli. Nagle jego koń potknął się na o wystający korzeń, a Artur podniósł wzrok. Mgła rozstąpiła się przed nim i ujrzał przed sobą polanę wypełnioną światłem, a na niej dwudzieścia cztery tańczące istoty, których imion lepiej nie wypowiadać. Król ponaglił konia, by ich ominąć, lecz tancerze nie z tego świata znikli. Zamiast nich na samym środku polany, na łożu z trzech kamieni, pokrytym spiralnymi wzorami siedziała szpetna kobieta w czerni. Była z wyglądu tak szkaradna, stara i brzydka, że król Artur zadrżał ze wstrętu i zawrócił. W tym momencie jednak rozległ się odrażajacy, przypominający wycie wilka wrzask i jego koń wrósł w ziemię z przerażenia. Kobieta wstała z kamiennego łoża i przemówiła. Podjechał do niej poprzez mgłę, która znów zgęstniała, by wyraźnie usłyszeć, co do niego mówi.

Jesteś Artur – rzekła Starucha – i jedziesz po swoją śmierć. Nie wiesz bowiem, jak odpowiedzieć na najtrudniejsze z pytań, jakie kiedykolwiek zadano. Czy mam rację?

– Tak, to wszystko prawda, choć nie mam pojęcia, jak się o tym dowiedziałaś.

– A więc, królu Arturze, czego kobiety pragną najbardziej? – zapytała czarownica.

Artur jeszcze raz spróbował znaleźć odpowiedź prawdziwą dla każdej kobiety i raz jeszcze musiał przyznać się do porażki.

Nie wiem, nie potrafię ci odpowiedzieć. – rzekł.

– Ale ja znam odpowiedź i mogę ci pomóc, jeśli ty spełnisz moje życzenie.

– Na mój honor, spełnię każde twoje życzenie! – odpowiedział Artur bez namysłu – Zatem powiedz mi, jak brzmi odpowiedź.

Wiedźma pochyliła się w stronę króla i wyszeptała mu do ucha rozwiązanie, a Artur od razu wiedział, że to właściwa odpowiedź.

A teraz powiedz tylko, czego sobie życzysz, dobra kobieto. Złoto, srebro, klejnoty, piękne materie, tytuły, służba i ziemia – wszystko to będzie twoje, jeśli zechcesz.

– Nie chcę żadnej z tych rzeczy – odpowiedziała – i nie nazywaj mnie dobrą kobietą. Chcę, byś ożenił mnie z jednym ze swoich rycerzy. Za za miesiąc i dzień przybędę na twój dwór, a ty wyprawisz nam godny ślub.

Król Artur oniemiał. Żaden z rycerzy nie zechce takiej panny młodej. Nie zdążył jednak odpowiedzieć, bo zanim odzyskał głos, Starucha zrobiła krok w gęstniejącą mgłę i rozpłynęła się jak zaczarowana.

Kiedy król Artur przybył do zamku Dzikusa, najpierw przeczytał mu odpowiedzi, które zapisał w swoich księgach, lecz tamten śmiał się i przecząco kręcił głową przy każdej z nich. W końcu przeczytał wszystkie odpowiedzi z ksiąg i zamilkł. Wolałby umrzeć, niż wypowiedzieć rozwiązanie starej jędzy. I za nic w świecie nie chciał skazywać jednego z rycerzy Okrągłego Stołu na małżeństwo z tak wstrętną babą.

A więc nie znalazłeś odpowiedzi. W takim razie urwę ci głowę. – mówiąc to Dzikus zaryczał ze śmiechu – Najwyraźniej twoi słynni rycerze mają tak malutkie móżdżki, jak twoje słabiutkie ramionka.

Tego król Artur nie zdzierżył. Patrząc w oczy swojemu prześladowcy wolno i wyraźnie powiedział:

Od początku węża czasu aż do jego końca

W blasku Księżyca i promieniach Słońca

Największym pragnieniem kobiet jest

Swoją własną wolę czynić wszędzie

Zawsze tak było, tak jest i będzie.

Po czym odwrócił się i odjechał, a Dziki człowiek nawet nie próbował go zatrzymać.

Kiedy Artur powrócił do Camelot i opowiedział swoją przygodę, na całym zamku nie było takiej białogłowy, która by nie zgodziła sie z odpowiedzią na zagadkę, jaką udzieliła królowi tajemnicza Wiedźma. Na dworze zapanowała wielka radość, jako że ich król wyszedł cało z tak ciężkich opałów. Wszyscy radowali się i hucznie świetowali zwycięswo swojego króla nad Dziukusem. Ich dobry król przyglądał się owym radosnym swawolom tak smutny i tak blady, jakby wcale się nie cieszył ze swojej wygranej. W końcu seneszal Kay, jako mleczny brat Artura i najstarszy towarzysz, odważył się go zapytać, czemu nie weseli się jak inni. Wtedy Artur wyznał, jaką cenę wyznaczyła okrutnie szpetna jędza za rozwiązanie zagadki.

Wesoła zabawa prysła, a ciszę po słowach Artura możnaby było kroić nożem. Artur patrzył na swoich rycerzy, którzy po kolei spuszczali wzrok, jakby znaleźli coś bardzo interesujacego w posadzce przed sobą. Żaden nie chciał poślubić paskudnej starej baby, na dodatek Wiedźmy.

W ciszy panującej wielkiej sali rozległ się głos królowej Ginewry:

- Jeśli żaden z was nie uczyni tego, co należy, dla waszego króla, oddalę sie do klasztoru, by mój pan i mąż mógł zgodnie z honorem rycerskim dotrzymać przyrzeczenia.

Na te słowa nastąpiło poruszenie pośród rycerzy, a ich twarze zaczerwieniły się jak twarz króla Artura. Żaden z nich jednak nie uniósł wzroku.

Żaden z wyjątkiem sir Gawaina.

Sir Gawain spojrzał królowi prosto w oczy. Niegdyś został prawie schwytany w sidła okrutnej, zwodniczej piękności w zamku sir Bercilaka de Hautdesert. Od tamtego wtdarzenia, ponieważ zachował się wtedy nie tak szlachetnie, jakby chciał, rycerze Okrągłego Stołu nosili zielone pasy, także on sam. To było jak stałe przypomnienie plamy na honorze, którą teraz miał szansę zmyć. Ponadto od przygody z Zielonym Rycerzem aż za dobrze wiedział, że piękna twarz i wdzięczna postać u kobiety to nie wszystko. Nieładna starka, a może nawet i Wiedźma będzie dla niego odpowiednią żoną. Będzie mógł z nią spędzić resztę życia, żeby odpokutować winę i wstyd, jaki go gryzł we dnie i w nocy. Gawain przyrzekł więc, że chętnie ją poślubi, choćby była paskudna jak Belzebub. Cały dwór odetchnął z ulgą i ustalono datę ślubu, po czym zaczęto pośpiesznie przygotowywać się do wesela.

Gdy nadszedł dzień ślubu, całe miasto wyległo na ulice, aby powitać kobietę, o której plotki krążyły przez cały poprzedni miesiąc. Panna młoda wjechała do Camelot na wyliniałym, starym i koślawym ośle, a gawiedź z przerażeniem i fascynacją obserwowała jej wjazd do zamku. Koścista i tyczkowata, tak wydłużona, że nie sposób było objąć jej spojrzeniem i tak chuda, że trzeba było się wysilać, żeby ją w ogóle dostrzec. Szponiaste stopy Woedżmy ciągnęły się smętnie po obu bokach osła. Jedna z nich była tak wielka, że podciągając ją do góry, Starucha uginała się pod jej ciężarem, a drugą tak mała, ze nie wiadomo było, po co jest jej w ogóle potrzebna. Nie było w niej żadnej części ciała ani cechy, która nie byłaby odrażająca. Jej twarz powodowała, że patrzący wzdragali się z obrzydzenia. Jedno oko wyparte z oczodołu przez sterczące zawadiacko ucho, spozierało z miejsca, gdzie powinien znajdować się nos, wiszący beztrosko z pokrytego szczeciną podbródka. Z oczu wyciekał śluz, z nosa upstrzonego trzęsącymi się brodawkami kapała cuchnąca wydzielina. Całość uzupełniały brudne, skotłunione włosy, przez które miejscami przeświecały wyłysiałe płaty oraz nieprzyzwoicie purpurowe łachamany, które kiedyś były najwyraźniej suknią z koronkami, a teraz były właściwie wielką dziurą z kryzą dookoła. Z jej ust nieustannie wydobywała się zawodząca, jękliwa pieśń "Och ucisz się, mój jedyny", skierowana do miauczącego, chorego, trzynogiego kota, który wczepiał się kurczowo w jej kościste ramię. Cóż za potworna karykatura panny młodej!

Ślub odbył się bardzo szybko, choć, prawdę mówiąc, atmosferą bardziej przypominał pogrzeb. Podczas wesela, gdy wszyscy wokół zajmowali się jedzeniem, panna młoda nie zwracała uwagi ani na półmiski, ani na wykwintne potrawy. Swoimi ostrymi paznokciami rwała chleb i mięso i wtłaczała je sobie do obwisłych ust, a tłuszcz ciekł jej po podbródku. Jadła za sześciu, a piła za dziewięciu, a starcze wargi odsłaniały przy tym żółte, przegniłe zęby. Jej śmiech budził grozę we wszystkich poza nią samą, tak że wiekszość nie śmiała nawet patrzeć w jej stronę.

W końcu upiorne przyjęcie dobiegło końca i państwo młodzi zostali zaprowadzeni do osobnej komnaty. Gdy sir Gawain popatrzył na swoją świeżo zaślubioną żonę, zatrzęsły mu się ręce i krew odpłynęła mu z twarzy. A odrażająca panna młoda już ciągnęła go ku sobie:

O co chodzi, kochanie – powiedziała – podejdź i pocałuj mnie.

Gawain poczuł, jak ściska mu się w gardło, ale zbliżył się, aby ją pocałować. Zamknął oczy i pocałował na oślep wilgotne, starcze wargi. Zdziowiony, że nie pada trupem od samego oddechu Wiedźmy całował ją dalej, nie otwierając oczu, by zapomnieć o odrazie i nie obrazić towarzyszki życia, jaką sam sobie wybrał. Wtedy kobieta objęła go i powiedziała:

Spójrz na mnie, mój mężu, i nie bój się, bo my dwoje jesteśmy teraz jednym.

Na te słowa sir Gawain otworzył oczy i ujrzał przed sobą gładką, powabną dziewczynę o kasztanowych, delikatnych jak jedwab włosach, której piękno i wdzięk powaliły go na kolana. Jego żona była tak przecudnej urody, że cała cała komnata rozbłysła światłem bijącym od niej.

Jestem twoją oblubienicą – powiedziała – i byłam uwięziona w odstręczającej postaci przez mego brata, Dzikusa, który pokonał króla Artura. Twój pocałunek wyzwolił mnie od złego czaru, ale nie całkiem. Teraz wybierz jedno z dwojga: możesz mnie mieć w tej postaci albo w dzień, albo w nocy, ale nie przez cały czas. Przez dwanaście godzin wciąż muszę ukazywać się jako odrażająca starucha, z którą wziąłeś ślub. Namyśl się dobrze Gawainie, zanim wybierzesz. Pamiętaj, jak będę się czuć za dnia chodząc między dworskimi pięknościami w skórze Wiedźmy i co ty będziesz się czuł każdej nocy, kiedy w łożu w pojawię się w szpetnej postaci. Rozważ to wszystko dobrze i wybierz to, co jest mniejszym złem.

Gawain jednak był nią tak zachwycony i oczarowany, że nie ani przez chwilę nie chciał jej narzucać swojego zdania.

Na tobie, moja miła, – rzekł – spoczywa straszny ciężar owego zaklęcia. A więc ty wybierz za nas oboje, a ja będę rad temu, z czym łatwiej będzie ci żyć. Cokolwiek wybierzesz w tej sprawie, uznam za właściwe.

Uśmiech zakwitł na delikatnej, zjawiskowej twarzy Ragnell, gdy słuchała odpowiedzi męża. Rzekła do niego:

Twoja miłość, wrażliwość i odwaga rozwiązały zagadkę mojego ojca. Dałeś mi to, czego potrzebuje każda kobieta, by czuła sie szczęśliwa: własną wolę. Dzięki tobie zaklęcie straciło całą moc i odtąd będę piękna we dnie i w nocy.


2005 - 2006, Piaseczno
© Józefina Jagodzińska



Komentarze: 1 komentarz

Ta legenda jest jedną z mniej znanych spośród opowieści z cyklu arturiańskiego, a jest bardzo ważna. Zwróciła mi na to uwagę Krysia Kwiatkowska, malarka, pisarka i celtycka czarodziejka, która w zeszłym roku przeszła na drugą stronę, do Tir Nan Og, za którym tak tęskniła. To jedyna znana nam arturiańska opowieść, która kończy sie dobrze, w której kochankowie naprawdę sie znajdują i pozostają sobie wierni. Z innych przekazów wynika, że żyli długo i szczęśliwie, mieli dzieci i jako jedynej parze udało im się uniknąć nieszczęść wynikających z szalonej pogoni za Graalem.

Józefina Jagodzińska

Dodaj swój komentarz!

Uni Garden
© Józefina Jagodzińska
Wszelkie prawa zastrzeżone.