Pewnego dnia postanowił pójść w świat szeroki i porzucić na zawsze rodzinne strony. Wszedł na wzgórze, aby ostatnim spojrzeniem pożegnać Nikko i jego piękne okolice. Nagle wzrok jego padł na gościniec rojący się od ludzi. Szli zmęczeni i wyczerpani długą pielgrzymką. Słońce prażyło niemiłosiernie, a dokoła nie było ani skrawka cienia. I wtedy pewna myśl przyszła daimyo do głowy. Już następnego dnia przystąpił do pracy. Wczesnym rankiem znosił z sąsiednich gór małe drzewka kryptomerii i sadził je po obu stronach szerokiego gościńca. Możni książęta śmiali się i drwili z jego pracy, twierdząc, że jest całkiem zbyteczna. Upływały lata. Głowa Matsudaira Masatsuna pokryła się siwizną, policzki zapadły, oczy straciły blask, a on wciąż sadził i sadził drzewka. Któregoś dnia, gdy już większa część drogi osłonięta została zbawiennym cieniem, znaleziono daimyo martwego u stóp małej, dopiero posadzonej kryptomerii. Pochowano go w ziemi należącej do świątyni.
Minęło trzysta lat. Pożar kilkakrotnie trawił świątynię, zniszczeniu uległy dary bogatych daimyo Jedynie aleja Matsudaira Masatsuna przetrwała wieki. Co roku niezliczone tłumy pielgrzymów z całej Japonii dążą, by podziwiać wspaniałą aleję, ciągnącą się na przestrzeni trzydziestu pięciu kilometrów, i uczcić pamięć daimyo, który długą i mozolną pracą wystawił sobie ten żywy pomnik.
Anonim